Zimowy Horyzont

Pętla Centralnego Spitsbergenu cz. 1.

280 kilometrów przez Centralny Spitsbergen. Na nartach, z pulkami w ciągu 12 dni. Wówczas była to najdłuższa trasa pokonana przez Polki w warunkach polarnych. Pierwsza część relacji.

Pojechałyśmy w duecie z Olą Hołda-Michalską.  Przeszłyśmy na nartach, z pulkami w ciągu 12 dni (wszystkie 11 nocy spędziłyśmy pod namiotem) około 280 km. Wówczas (2016 rok) była to najdłuższa trasa pokonana przez Polki w warunkach polarnych.


Na mapie powyżej przedstawiona jest zrealizowana trasa oraz (małe niebieskie punkty) – miejsca noclegów.

Denerwowałam się jak zwykle przygotowaniami. Chciałam znaleźć się w samolocie. Pierwsze kłopoty zaczęły się w Kopenhadze. Samolot z Danii do Norwegii się zepsuł i musiałyśmy czekać kilka godzin. Wieczorem, zamiast dotrzeć już na Spitsbergen, doleciałyśmy dopiero do Oslo. Co najmniej jeden dzień „w plecy”. Bagaże oczywiście gdzieś utknęły…

Dostałyśmy od linii SAS hotel i talony na posiłki. Hotel był bardzo wypasiony. Szkoda, że nie zabrałyśmy ze sobą ani szczoteczek do zębów, ani gaci na zmianę.
Restauracja też była wypasiona. Niestety po przejrzeniu menu i zdałyśmy sobie sprawę, że choć nasze talony były sporej wartości, to stać nas jedynie albo na startery albo na desery. Na szczęście rano braki w żołądkach nadrobiłyśmy na szwedzkim śniadaniu, a było to chyba najbardziej luksusowe śniadanie, na jakim byłam.


Spędziłyśmy zupełnie nieplanowo dobę w Oslo. Była to okazja do spotkania z moją dobrą koleżanką Magdą, która mieszka tu na stałe i ratuje a to mnie a to Kubę z opresji, jeśli jesteśmy akurat w Oslo.  I tym razem mnie ratowała, bo miałam ze sobą tylko buty narciarskie, które obcierały mnie w warunkach – powiedzmy – miejskich, i pożyczyła mi wygodne buty.

A więc razem z Magdą i Olą (na początku towarzyszył nam jeszcze mąż Magdy) wybrałyśmy się na wycieczkę, w celu obejrzenia słynnego statku Fram oraz tratwy Kon-Tiki. To był bardzo miły dzień. A Ola powtarzała, że widocznie tak miało być. Że miałyśmy sobie odpocząć w tym hotelu i w Oslo nieco się wyluzować.

Ale w końcu samolot leci i nawet bagaże się odnajdują. Jesteśmy na Spitsbergenie.

Ufff.

Pierwszy dzień (2 kwietnia 2016)
Graty przepakowane, broń pożyczona, formalności załatwione. No to ruszamy.Na to właśnie czekałyśmy od wielu miesięcy. Spełnia się marzenie. Wciągam głęboko zimne powietrze. Przymykam oczy. Chcę wszystko jak najlepiej zapamiętać.Jest ciepło. Minus kilka stopni. Nie ma wiatru. Pulki, czyli nasze sanki, ważą po ok. 50 kg. Mamy tam: namioty, śpiwory, karimaty, ciepłe ubrania, kuchenki, paliwo, jedzenie. broń, telefon satelitarny i wiele innych rzeczy. Ale wszystko niezbędne.Idziemy doliną Advendalen. Obok nas przejeżdża sporo skuterów. W ten sposób większość turystów porusza się wiosną po Spitsbergenie. Każdego dnia widziałyśmy choćby kilka skuterów. Za to osób na nartach, z pulkami – ani razu przez cały wyjazd. Zwykle „skuterowcy” pozdrawiają nas machnięciem ręki. W bardziej odludnych miejscach zatrzymują się, pytają czy wszystko ok.Kłopoty, mniejsze lub większe, towarzyszą nam od początku. Zaczęło się od odwołanego lotu przez co straciłyśmy cały dzień. Pierwszego dnia marszu Ola zaczęła kaszleć…Jest ciepło i mgliście. Rozbijamy namiot u ujścia kolejnej doliny – Eskerdalen. Pierwszego dnia przeszłyśmy około 27 kilometrów. Nie jest źle. Gotujemy, jemy i pakujemy się do śpiworów. Pierwszego dnia dopiero przyzwyczajamy się do warunków, sprzętu, do wysiłku. Potem stanie się to rutyną.Zasypiam w mig.
Drugi dzień (3 kwietnia)

Ola nadal kaszle.

Idziemy Sassendalen. To ogromna, szeroka dolina. Z poprzedniego wyjazdu na Svalbard wiem, że bardzo trudno ocenić tu odległość. Nie ma żadnych domów, drzew. Wszystko jest białe, światło jest rozproszone. I zupełnie inny krajobraz niż znany nam choćby z Polski. Góra, która zdawałoby się, jest blisko, okazuje się oddalona o kilkadziesiąt kilometrów.

Mamy ze sobą dwa GPS-y i dwa zestawy map. Słońce świeci, wszystko widać. A jednak tego dnia popełniłyśmy tak głupi błąd, że w pale się nie mieści. Pani mgr geografii z panią mgr geologii, obie harcerki… ehhh… Na mapy nie spojrzałyśmy. GPS-y pokazywały, że środek doliny jest dość blisko. Byłyśmy przekonane, że dolina jest bardzo szeroka i dlatego brakuje tych kilku kilometrów do wskazań satelity. Okazało się, że weszłyśmy w złą dolinę. Beztrosko brnęłyśmy w górę Velomdalen. Straciłyśmy co najmniej pół dnia.

Widocznie tak miało być. Z tej doliny mamy jedne z najpiękniejszych zdjęć.

Trzeci dzień (4 kwietnia)
Dopiero dziś wchodzimy w prawidłową dolinę – Fulmardalen. Przechodzimy przez system moren i lodowców Marmobreen/Elfenbeinbreen i jezioro Jokulvatnet. Krajobrazy są cudowne. Jest sporo podejść i stromych zjazdów.Nie jest łatwo zjechać ze stromego stoku z ciężkimi pulkami. Zwykle sanki zjeżdżają szybciej niż człowiek, który ma spowolnienie w postaci fok na nartach. Pulki trzeba prowadzić z boku lub całkiem z przodu. Wymyślamy sposoby zjazdów: normalnie (czyli prowadząc z boku sanki), „na Olę” (czyli siedząc na pulkach i zjeżdżając na nich) i „na Kubę” (chodzi o mojego męża, który uskuteczniał tę metodę – chodzi o odpięcie pulek z uprzęży, spuszczenie ich i swobodny zjazd na nartach).
Jesteśmy w terenie rzadziej odwiedzanym przez turystów. Spotykamy tylko troje naukowców, którzy pytają nas czy sobie radzimy.Nocujemy kilka kilometrów od Agardhbukty. Zatoki, gdzie wiele niedźwiedzi przychodzi na świat. Boję się niedźwiedzi. Każdej nocy rozstawiamy „ogródek”, czyli system linek i tyczek. W przypadku naciągnięcia linki odpalane są naboje, które powinny odstraszyć drapieżnika. Mamy też strzelbę i rakietnicę. Ale czy to wystarczy? Czy w nocy zdążymy zareagować?Czwarty dzień (5 kwietnia)
Rano widzimy przed nami stalowe chmury. Wiszą nad Morzem Barentsa. Po kilkugodzinnym marszu docieramy tam – nad zatokę Agardhbukta. Ola mówi, że od dawna marzyła, żeby tu dotrzeć.Morze nie jest zamarznięte. Ale woda ewidentnie jest gęsta od zimna. Pływają w niej kawałki lodu i śniegowe kółka przypominające naleśniki. Robimy sporo zdjęć.Trzeba jednak iść dalej. Wchodzimy w Bellsunddalen. Śnieg jest głęboki i idzie się bardzo wolno. W ogóle idziemy wolno…Z pulkami, po śniegu, rzadko kiedy rozwijamy prędkość większą niż 3 km/h. Przy głębokim śniegu brniemy jeden kilometr przez całą godzinę. Do tego dochodzą przerwy – zwykle co godzinę zatrzymujemy się na kilka-kilkanaście minut. Żeby przejść 25-30 kilometrów musimy iść długo. Cały dzień. Wstajemy zwykle o 5:00, w dwie godziny gotujemy, jemy i zwijamy obóz. I idziemy do 19:00, 20:00. Potem rozbijamy obóz, gotujemy, jemy i około 22:00-23:00 idziemy spać.

Miałyśmy iść nieco inną drogą. Ale natknęłyśmy się na ślady skuterów. Nie mogą nie prowdzić do Sveagruva – czyli tam, gdzie i my zmierzamy. Skutery są ciężkie i zwykle jedzie kilka osób. Dlatego mocno uklepują śnieg. Po takim ubitym szlaku idzie się o wiele łatwiej.

Noc spędzamy w w górnej partii lodowca Passbreen. Jest już o wiele chłodniej niż wcześniej. Minus kilkanaście stopni. Ale mnie to nawet pasuje.

Piąty dzień (6 kwietnia)Schodzimy z lodowca Passbreen i skręcamy w niesamowicie szeroką dolinę Kjellstromdalen. Idziemy nią cały dzień. Idziemy powoli, ale czas mija szybko. Myśli błądzą to tu to tam. Czuję jak mój umysł odpoczywa. od zgiełku, wszystkich spraw załatwianych na szybko. Tu nie ma miejskiego hałasu i chaosu. Nie ma telefonów, internetu, prania do nastawienia, rosołu do ugotowania. Jest tylko biel. Są kilometry do przejścia. Noga do postawienia przed nogą.

Docieramy w okolice Sveagruva. To norweskie osiedle górnicze. Do samego osiedla nie idziemy. Byłybyśmy wówczas nad samym morzem i mogłybyśmy spotkać niedźwiedzia. Pewnie ktoś by nas przygarnął do domu, ale nie chcemy spać pod dachem.

Rozbijamy więc standardowo namiot i gotujemy. Wodę mamy, rzecz jasna ze śniegu, Wieczorami gotujemy wodę na jedzenie liofilizowane (czyli ogólnie rzecz biorąc wysuszone). Mamy kurczaki z ryżem, spaghetti bolognese, gulasze i inne dania. Czasami jeszcze jem zupę chińską. Podobno straszna chemia, ale tutaj smakuje wybornie. Zwykle taką kolację popijam rozrzedzonym kisielem z torebki (smakuje trochę jak kompot).
Na śniadanie mam pomieszane: rozmaite płatki, orzeszki, mleko w proszku i kaszki dla dzieci. Na drogę z kolei chowam po kieszeniach (na każdy dzień): torebkę orzeszków i sezamków, batonik od Kosmatej Kuchni i paczkę kabanosów. Do tego w pulkach wiozę termos herbaty i termos izotoniku.
Ola jadła trochę inne rzeczy. Każda z nas już miała nieco doświadczenia. Ja na przykład wiedziałam, że zupełnie nie smakuje mi w takich warunkach czekolada (mam awaryjnie tylko jedną tabliczkę). I choć na co dzień jem mało mięsa, tu najbardziej smakują mi kabanosy, liofilizaty z mięsem oraz tłuszcz (mamy litr oliwy). Wiedziałam też, że potrzebuję sporo picia. Te dwa termosy starczają mi „na styk”. Oli z kolei wystarcza jeden termos.


Szósty dzień (7 kwietnia)

Ola cały czas mocno kaszle. I martwi mnie to. Każdy problem jednej osoby to problem całego zespołu.

Pierwotnie planowałyśmy zejść Do Sveagruva i iść nad morzem. Zdałyśmy sobie jednak sprawę z tego, że tego nadmorskiego odcinka nie pokonamy w jeden dzień. Musiałybyśmy spędzić noc nad samym morzem (szwendają się tam niedźwiedzie!). Poza tym to morze, a dokładniej zatoka Van Mijen nie jest zamarznięta. Nie jesteśmy pewne, czy będzie się dało przejść niekiedy stromym wybrzeżem. Zdecydowałyśmy więc, że przejdziemy przez góry. Droga trudniejsza, ale a to bezpieczniejsza.

A więc mamy 750 metrów podejścia (w pionie oczywiście). Przechodzimy obok Sveagruva. Nie ma czasu by schodzić do miasteczka. Widzimy je z góry.
Na początku mamy długie podejście asfaltową drogą (jeżdżą tędy samochody z osiedla do kopalni). Idzie się strasznie powoli. Mija nas kilka samochodów. Gdy wreszcie jesteśmy blisko kopalni zatrzymuje się obok nas samochód terenowy. Wysiada facet z mocno ubrudzoną od węgla twarzą i dłońmi. Mówi, że mija nas drugi raz i nie może patrzeć jak się męczymy i że nas podrzuci. Co prawda z kilkukilometrowego podejścia do kopalni zostało może 200 metrów, ale zgadzamy się. Pan wrzuca pulki na bagażnik. Wsiadamy i zaraz wysiadamy. A jak wysiadamy to nasze kurtki są całe czarne.
Panu machamy na pożegnanie.

A przed nami kolejne kilometry pod górę. Podejście dłuży się cholernie. Wreszcie wychodzimy na w miarę płaską część lodowca Slakbreen. Wykończone rozbijamy namiot. Podczas gotowania przydarza się pierwsza awaria ze sprzętem – zapycha się moja kuchenka. Ola odpala swoją. Mamy łącznie trzy maszynki do gotowania. Kuchenki bardzo często się zapychają. A niesprawna kuchenka to brak ciepłego jedzenia i jakiegokolwiek picia – czyli bardzo poważne kłopoty…

Na szczęście Oli nieco przechodzi kaszel. Za to ma inny problem – obtarta stopa…

PRZEJDŹ DO DRUGIEJ CZĘŚCI ARTYKUŁU

Artykuły o tej wyprawie:
Wywiad dla Red Bull
Audycja w Polskim Radio
Relacja na Forum Extremum

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: