Zimowy Horyzont

Kobiecy trawers Hardangervidda

Samotny trawers Joanny Mostowskiej Hardangervidda był najprawdopodobniej pierwszym przejściem Polki tego norweskiego płaskowyżu.

Pojechałam sama. Mieliśmy już pierwszą córkę, więc ktoś (Kuba) musiał z nią zostać.
Trawers z położonej w południowej części płaskowyżu – Haukeliseter – do Finse, w północnej części, to trasa licząca około 120 kilometrów. Odcinek ten przeszłam na nartach w ciągu sześciu dni.

Wędrówkę miałam rozpocząć tak jak większość – w Finse. Ale ponieważ akurat był to okres świąt wielkanocnych i wielu Norwegów postanowiło wybrać się na zimowe wędrówki, zabrakło biletów na pociąg.

 

Dlatego szłam w drugą stronę – od Haukeliseter, na północ – do Finse.
Miało to swoje plusy. Mijałam sporo osób i mogłam zapytać o dalszą drogę.
Tak, dla Norwegów przejście płaskowyżu Hardangervidda jest całkiem popularną wycieczką. Ale spośród Polaków, wybrało się tam wciąż niewiele osób w warunkach zimowych. Przede mną nie było Polki, która była przeszła cały płaskowyż w warunkach zimowych.

Po nocy spędzonej w Oslo u naszych przyjaciół – Magdy i Oyvinda, wsiadłam w autobus do Haukeliseter.  Miałam ze sobą pulki, czyli sanie wypełnione sprzętem. Zabrałam tylko to, co niezbędne: namiot, karimata, śpiwór, kuchenka i jedzenie, kilka ubrań na zmianę. I niezbędne gps, kompas i mapy.
Nie marnując czasu, zaraz po dojechaniu (wczesnym popołudniem) do Haukeliseter, ruszyłam na szlak. Nad płaskowyżem wisiała mgła. Tak zwany white-out, który nie pozwala odróżnić nie tylko zarysów odległych gór, ale nawet nieba od ziemi. Od Haukeliseter trzeba pokonać spory kawałek stromo pod górę. Po mniej więcej 2 godzinach mozolnej wędrówki dotarłam na bardziej płaski teren. Mgła zgęstniała tak, że nie widziałam własnych stóp. Nie wiedziałam, czy idę pod górę czy w dół. Po chwili błędnik zwariował. Nie wiedziałam nawet czy stoję, czy zjeżdżam. Chociaż przeszłam zaledwie kilka kilometrów, postanowiłam nie ryzykować wrąbania się w jakiś dół i rozstawiłam namiot.

Drugi dzień także przywitał mnie mgłą. Ale również silnym wiatrem. Cała trasa została już oznaczona wysokimi tyczkami (zwykle zimowe szlaki oznaczane są w połowie marca). Jednak w tak gęstej mgle, stojąc przy jednej tyczce, nie zawsze widać było kolejną. Dlatego i tak musiałam korzystać z gpsa. W pewnym momencie, szukając kolejnej tyczki i właściwej drogi, kilka razy obróciłam się tracąc z oczu znaki. Gdy wreszcie dotarłam do wbitego kija, byłam przekonana, że muszę iść do przodu. GPS i kompas pokazywały cos dokładnie przeciwnego. Poszłam więc zgodnie ze wskazaniami urządzeń, ale intuicja kazała mi iść z powrotem. Po kilku godzinach wędrówki na nartach spotkałam Norwega, niezwykle sprawnie poruszającego się na nartach. Zapytałam, go gdzie jest północ. Choć mężczyzna spojrzał na mnie jak na totalną idiotkę, musiałam o to zapytać. Dzięki niemu upewniłam się, że moja głowa się myliła, a gps i kompas niewzruszone są white-outem czy kręceniem się w kółko.

 

Wiatr się coraz bardziej wzmagał, byłam nieco zmarznięta, a dokładniej – oklejona mokrym śniegiem. Wieczorem dotarłam do schronu Hellevasbu. Pomyślałam: „wejdę na chwilkę, ogrzeję się, odetchnę”. Miałam na namiot i w nim chciałamnocować. Idąc jednak cały dzień we mgle i na wietrze, chatka jakoś mnie przyciągnęła. Hellevasbu to niewielka chatynka. Do drzwi trzeba było się przecisnąć przez głęboki tunel odkopanego śniegu. W przedsionku zdjęłam buty i stuptuty. W środku kilka małych pokoików z piętrowymi łóżkami. Nie zdążyłam nawet usiąść, gdy podszedł do mnie starszy Norweg o surowym spojrzeniu. Zapytał, czy mam rezerwację. Nie miałam. „Albo wychodzisz w tej sekundzie, albo zapłacisz za całą dobę” – stwierdził stanowczo. Co miałam zrobić? Założyłam buty i wyszłam. Norweskie schroniska różnią od polskich. A raczej Norwegowie mają inne podejście. Przyszłaś tu, to teraz musisz sobie radzić. Bez sentymentów.Po latach szanuję takie podejście i się z nim zgadzam. Wtedy jednak zdenerwowałam się, że jedna zmarznięta dziewczyna zawadzała w schronie. Z tego zdenerwowania zostawiłam stuptuty w chacie.
Niecały kilometr od Hellevasbu rozstawiłam namiot. A raczej była to walka by go rozstawić w pojedynkę. Wiało coraz bardziej. A w nocy był istny huragan. Prawie nie zmrużyłam oka drżąc o to, czy namiot wytrzyma. Wytrzymał. W dodatku rano okazało się, że świeci piękne słońce.

Przez kolejne 4 dni utrzymywała się piękna, słoneczna pogoda. Wędrówka w takich warunkach była czystą przyjemnością. A z nawigacją nie miałam już najmniejszych problemów. Tym bardziej, że przy takiej pogodzie wielu Norwegów przyjechało na narty i ślady były doskonale widoczne.

Słońce dało mi jednak dosłownie popalić. Spodziewając się raczej zamieci, nie wzięłam odpowiedniego kremu z filtrem. Mocne słońce poparzyło mi twarz, a wszczególności nos i wargi, na których pojawiły się bolesne bąble.
Maszerując po około 20 km dziennie, piątego dnia marszu dotarłam do Dyranut. Jest to jedyna miejscowość na tej trasie, przez którą wiedzie droga. Jest ona jednak często nieczynna ze względu na zbyt dużą warstwę śniegu. Wtedy jednak droga była czynna. W związku z tym przyjechało tu wielu miłośników jazdy na nartach z kitem. Przez długi czas obserwowałam kolorowe latawce na tle błękitnego nieba. Kupiłam sobie tez hamburgera, który kosztował około 80 złotych! Była to jednak miła odmiana po kilku dniach jedzenia żywności liofilizowanej.
 Ostatni, szósty dzień marszu bardzo mnie zmęczył. W czasie długiego marszu wypiłam całe picie z termosów. A ponieważ chciałam już dojść do Finse i nie chciałam marnować czasu na gotowanie – jadłam śnieg. Ostatnie kilometry bardzo mi się dłużyły. Pokonując ponad 30 kilometrów szczęśliwa, cała i prawie zdrowa (z poparzoną twarzą) dotarłam do Finse.
 
Mój artykuł o Hardangervidda znajdziecie w piśmie „Zupełnie Inny Świat” – numer #28

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: