Zimowy Horyzont

Kajak, lodowiec i zapach tymianku

Nasz wywiad z Anulą Jochym, która od dwóch lat jest przewodnikiem kajakowym i lodowcowym na Islandii.  O życiu na Islandii i pracy z klientami.

ZIMOWY HORYZONT: Masz na swoim koncie wędrówki po całym świecie. Możesz wymienić kilka największych wyryp?

Anula Jochym: Największa podróż którą odbyłam wydarzyła się między 2010 a 2012 rokiem. Prawie dwa lata włóczyłam się po Europie, Azji i Australii. Zaraz po skończeniu licencjatu pozamykałam różne tematy w Warszawie i razem z moim ówczesnym partnerem ruszyliśmy z plecakami na Wschód. Dzienny budżet wynosił 10 dolarów, podróżowaliśmy stopem, spaliśmy w namiocie, jedliśmy chleb z ketchupem i zupki chińskie :). Ta podróż odwróciła mi życie do góry nogami i potem już nic nie było takie samo.

Ale jeden z najfajniejszych wyjazdów jakie miałam to chodzenie z plecakiem po Wschodniej Polsce. Rok 2009, zaliczyłam już parę dłuższych wyjazdów w bardziej “egzotyczne” miejsca. I to szwendanie się wzdłuż wschodniej granicy przez parę tygodni, od Mazur po Bieszczady było jakby inne. Mam wrażenie, że przedtem nie bardzo doceniałam to co było pod nosem, i te wyjazdy w inne miejsca i do innych kultur dostarczyły mi świeżego spojrzenia na różne zakamarki Polski, która jest szalenie fascynująca i różnorodna.

fot. z arch. Anuli Jochym

ZH: Jak to się stało, że osiadłaś na Islandii?

Anula Jochym: Często zadaję sobie to pytanie :). Patrząc z perspektywy czasu na podjęcie tej decyzji złożyło się wiele elementów, które gromadziłam przez ostatnie lata. Jeszcze parę lat temu Islandia była dla mnie miejscem tak geograficznie i mentalnie odległym, że nawet przez myśl by mi nie przeszło, że będę tu kiedyś mieszkać. Odkąd zaczęłam podróżować zawsze ciągnęło mnie na Wschód – wschód Polski, Bliski i Daleki. Uwielbiam ciepło i słońce. Przez moment bym nie rozważyła wybierać noc polarną nad porę deszczową.

Ale Islandia pojawiła się w końcu na mojej osobistej mapie kiedy spotkałam Jono. Oryginalnie z  Malezji, Jono spędził parę ładnych lat w Nowej Zelandii szkoląc się na przewodnika (specjalizacja lodowce). Skontaktował się ze mną przez Couchsurfing, spotkaliśmy się na kawę w Warszawie. Okazało się, że przez letnie miesiące pracuje na Islandii, a zimę spędza trenując i robiąc kursy przewodnickie w różnych miejscach na świecie. Warszawa stała się jego bazą na nadchodzącą zimę – spędziliśmy ze sobą sporo czasu, rozmawiając i chodząc razem na ściankę. Wtedy był jedną z tych inspirujących i barwnych postaci, o których czyta się na blogach. Jono zdecydowanie zasiał ziarenko, które wykiełkowało parę lat później, kiedy zrozumiałam, że czas się znów “ruszyć”.

Kiedy zaczęło kiełkować byłam w niezłym dołku, takie chodzące nieszczęście. Dręczyło mnie poczucie, że coś w moim życiu jest bardzo nie tak. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, że muszę znów wyjść w nieznane, zmienić kierunek, ale brak kasy i brak motywacji robiły swoje. Postanowiłam w końcu wyjechać. Planowałam początkowo na dwa miesiące, żeby popracować, zaoszczędzić, ruszyć z miejsca. Zaczęłam myśleć o krajach nordyckich i tak wróciła do mnie Islandia. Jono zaoferował pomocną dłoń i tak ponad dwa lata temu wylądowałam tutaj. Wyspa mnie wciągnęła i już nie puściła.

fot. z arch. Anuli Jochym

ZH: Jak wygląda Twoja praca jako przewodnik na lodowcach?

Anula Jochym: Na lodowcach prowadzę wycieczki dla osób bez wcześniejszego doświadczenia i o różnym stopniu sprawności fizycznej. Od krótkiego “spaceru” ze zwiedzaniem jaskiń lodowych, poprzez eksplorowanie wyższych partii lodowca aż po wspinanie w lodzie. Na Islandii większość dostępnych komercyjnie wycieczek odbywa się na lodowcach dolinnych, które nieustannie się zmieniają, co powoduje, że praca się nigdy nie nudzi. Na własne oczy mogę doświadczyć jak lodowiec się rusza, topnieje, otwiera i zamyka.

Większość klientów z którymi mam do czynienia nigdy wcześniej nie miało raków na nogach, co potrafi być dodatkowym wyzwaniem, czasem większym niż nawigacja między szczelinami 🙂

fot. z arch. Anuli Jochym

ZH: Jak wygląda praca jako przewodnik kajakowy?

Anula Jochym: Moje wycieczki kajakowe odbywają się na morzu, przede wszystkim w fiordach na zachodnim wybrzeżu Islandii. Tu także mam do czynienia z różnym stopniem zaawansowania i doświadczenia. W tym roku pracuję w Fiordach Zachodnich gdzie mój czas spędzony z grupą na wodzie jest bardzo zróżnicowany: nasze wycieczki trwają od dwóch godzin po sześć dni.

Kajakowanie tutaj potrafi być zdecydowanie większym wyzwaniem niż w innych znanych mi miejscach, ponieważ pogoda jest nieprzewidywalna i często ma mało wspólnego z prognozą. Wymagana jest znajomość lokalnego klimatu, pływów, nawigacji i wszystkich dostępnych metod ratowniczych.

fot. z arch. Anuli Jochym

ZH: Gdzie zdobywałaś doświadczenie, aby być przewodnikiem?

Anula Jochym: To, że w ogóle zostałam przewodnikiem zawdzięczam swoim pasjom i hobby. W kajaku siedziałam od dziecka i lata doświadczenia na wodzie zwieńczyło ukończenie kursu przewodnickiego na Islandii w ramach systemu ISKGA (International Sea Kayak Guide Association). Na lodowcu z drugiej strony znalazłam się dzięki obyciu z linami w skałach i górach. To stało się podstawą dla szkolenia lodowcowego, które zapewniła mi zatrudniająca mnie firma.

Absolutnie niezbędne jest także 80-godzinne szkolenie z pierwszej pomocy, tzn. Wilderness First Responder. Często prowadzimy wycieczki w terenie, który jest poza zasięgiem karetki, a dotarcie służb ratowniczych może zająć godziny. Dlatego jako przewodnicy musimy wiedzieć jak działać w takich warunkach używając tylko dostępnych nam materiałów. Do tego dochodzą godziny spędzone na byciu “cieniem” innych przewodników, poznawaniu lokalnej historii, uczeniu się o geologii regionu, przyrody, folkloru, kultury.

fot. z arch. Anuli Jochym

ZH: Jakie trzeba spełnić wymagania, jakie trzeba mieć predyspozycje, żeby być tego typu przewodnikiem?

Anula Jochym: Poza “twardymi” umiejętnościami, które wynikają z doświadczenia i szkoleń trzeba kochać przyrodę i bycie na zewnątrz niezależnie od pogody (która na Islandii rzadko bywa idealna). Bycie przewodnikiem to praca na wysokich obrotach, która wymaga stałej koncentracji i uważności – kiedy prowadzę wycieczki z tyłu głowy toczy się nieprzerwany dialog: “co jeśli stanie się to, czy tamto”. Zawsze w zanadrzu mam plan B i C na wypadek jeśli coś pójdzie nie tak. Nieustannie też kwestionuję własne wybory, aby upewnić się, że niczego nie pominęłam podejmując konkretne decyzje.

Trzeba lubić i rozumieć ludzi :). Często spędzam z klientami godziny lub dni. Muszę wykazać się nie tylko znajomością technik i zasad bezpieczeństwa, ale także empatią, intuicją, asertywnością, lokalną wiedzą i poczuciem humoru. Kiedy pogoda jest słaba, pada, wieje i widoczność jest kiepska, trzeba potrafić podnieść klientów na duchu, podtrzymać ich motywację i pozytywne myślenie. Często oznacza to stanięcie ponad własnymi potrzebami i zachciankami i starać się nie myśleć o tym, że nam też jest zimno, też jesteśmy przemoczeni i wolelibyśmy w danym momencie siedzieć przed kominkiem, owinięci kocem z kubkiem gorącej czekolady w ręku :).

No i w końcu, co jest raczej oczywiste, trzeba być w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Musimy być szybsi i sprawniejsi niż nasi klienci, nosząc na plecach przynajmniej dwa razy więcej niż oni. Dzień roboczy potrafi trwać 12 godzin, a nawet 16, jeśli jest to wycieczka wielodniowa. Przewodnik musi mieć wystarczająco dużo pary, żeby przebrnąć przez każdy kolejny dzień nie spuszczając gardy, mając do tego w zanadrzu rezerwę energii na sytuacje, których nie sposób przewidzieć.

fot. z arch. Anuli Jochym

ZH: Jak wygląda praca z klientami, jakie są typowe problemy?

Anula Jochym: Praca z klientem zaczyna się jeszcze zanim się z nim spotkam. Do każdej wycieczki trzeba podejść ze świeżym spojrzeniem. Muszę się upewnić, że klient jest przygotowany sprzętowo, że jest odpowiednio ubrany na warunki, w których będzie odbywała się wycieczka, że nie ma żadnych przeciwwskazań medycznych. Zanim opuścimy ciepłe biuro powinnam wiedzieć wszystko o schorzeniach, alergiach, formie fizycznej i doświadczeniu klienta.

Często zdarza się, że ludzie ukrywają przed mną stan zdrowia z obawy przed tym, że odmówię im uczestnictwa. Czasem klienci są tak nieprzygotowani (brak odpowiedniej odzieży, obuwia, bardzo słaba forma fizyczna), że faktycznie muszę ich “zawrócić”, ponieważ ich udział byłby zbyt ryzykowny.

fot. z arch. Anuli Jochym

ZH: Jakie są plusy i minusy mieszkania na Islandii?

Anula Jochym: Zacznijmy od minusów.
Strasznie tu ciemno zimą! Brak słońca przekuwa się na ciągłe zmęczenie i zjazd formy psychicznej. Trzeba się szprycować witaminą D, inaczej ciężko przebrnąć przez te szalenie długie noce. Ale drugą stroną tej samej monety jest zorza polarna i “złota godzina” trwająca cały, czterogodzinny dzień.

Innym minusem będzie to jak ciężko nauczyć się Islandzkiego – szalenie trudny język! Ale za tym tak naprawdę stoi moje własne lenistwo i łatwość komunikacji w języku angielskim, którym prawie wszyscy Islandczycy posługują się biegle.

Skoro jesteśmy przy Islandczykach – są to niesamowicie przyjaźni i życzliwi ludzie, o bardzo “twardych” charakterach. Nie powiedziałabym, że należą do bardzo otwartych – nawiązanie bliższych znajomości zajmuje nieco czasu, ale jest to coś do czego można się przyzwyczaić – mi się nigdzie nie śpieszy.

I tak oto przeszliśmy do pozytywów!
Przyroda i krajobraz to pierwsze, co mnie absolutnie oczarowało w tym kraju i do tej pory nie przestaje mnie zachwycać. Samo przebywanie w tej przestrzeni jest przygodą. Islandia jest niezwykła pod każdym względem – wyspa która żyje, oddycha, gotuje się pod powierzchnią, nieustannie zmienia. Dodatkowo dzięki mojej pracy, ptaki, foki, lisy polarne i wieloryby są częścią mojej codzienności.

Poczucie odosobnienia, którego tu można doświadczyć jest także niesamowite. Islandia ma nieco ponad 330 tys. mieszkańców i większość skupiona jest w obrębie Reykjaviku. Dzięki temu wcale nie jest tak trudno znaleźć miejsce, gdzie nie będzie nikogo poza nami.

Może głupio to zabrzmi, ale jak mam chwilę żeby się zatrzymać to dociera do mnie, że jestem naprawdę zakochana w tym miejscu, w tych widokach, w mchu, polach jagód, dywanach łopianu, zapachu siarki i dzikiego tymianku.

fot. z arch. Anuli Jochym

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: