Zimowy Horyzont

Rok w Hornsundzie

Rozmowa z Sabiną Kuciębą o rocznym pobycie na stacji w Hornsundzie. O spotkaniu z niedźwiedziem, o ciemnościach i o tym co było najtrudniejsze.

Sabina Kucięba – na co dzień pracuje w Obserwatorium Geofizycznym w Świdrze jako
meteorolog i geofizyk; spędziła rok w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Svalbardzie

Kiedy i ile czasu spędziłaś na stacji w Hornsundzie?
Byłam tak zwanym zimownikiem, czyli spędziłam cały rok na stacji. Wygląda to tak, że
płynie się z Gdyni statkiem na Spitsbergen w czerwcu i zostaje się do lipca kolejnego roku. Byłam na stacji w sezonie 2016/2017.

Czym zajmowałaś się na stacji?
Byłam obserwatorem meteorologicznym. Zajmowałam się wysyłaniem depesz SYNOP. Są to wiadomości zawierające dane o pogodzie bieżącej. Oprócz tego, że obserwowałam pogodę, wykonywałam pomiary śniegu przy stacji oraz nieco dalej, gdzie znajduje się 20 punktów śniegowskazowych. Tam wykonuje się tzw. równoważnik wodny śniegu, by dowiedzieć się, ile jest wody w śniegu. By wykonać te obserwacje jeździłam na skuterach lub szłam na nartach z kolegą, który obserwował, czy nie nadchodzi niedźwiedź.
Oprócz tego mierzyłam temperaturę wody we fiordzie przy samym brzegu, a także,
okazjonalnie, pomagałam oceanografowi, czy geodecie w pracy terenowej.

Praca meteorologa – wykonywanie równoważnika wodnego śniegu. Fot. Sabina Kucięba

Jak wyglądał rozkład pracy?
Praca obserwatora jest nieco inna niż pozostałych pracowników. Mój dyżur trwał 24 godziny, potem zmieniałam się z moim kolegą i wówczas miałam 24 godziny wolnego.
Depesze wysyła się 8 razy w ciągu doby. W czasie dyżuru trzeba było czuwać, by móc
nieustannie kontrolować pogodę, która jak wiadomo jest bardzo zmienna.
Do tego dochodziły obowiązki związane z samą stacją, takie jak choćby sprzątanie czy
gotowanie.

Czyli co te 3 godziny trzeba było wychodzić na zewnątrz?
Tak, co najmniej co 3 godziny. Przed pomiarem trzeba było sprawdzić te parametry, które nie są zautomatyzowane (jak na przykład widzialność, stopień zachmurzenia, rodzaj chmur, czy rodzaj opadu).

Przyjechałaś w czerwcu, gdy było całkiem ciepło…
…jak na warunki polarne. Bo czerwiec, lipiec sierpień to są letnie miesiące, gdzie średnia temperatura to około 3,5°C. Maksymalną zanotowaną przez nas temperaturą było 11,3°C. Natomiast średnia temperatura roczna dla stacji to już -4,0 stopnie.

Nad fiordem Hornsund w specjalnym kombinezonie ratunkowym – Helly Hansenie. Fot. Sabina Kucięba

A potem zrobiło się ciemno…
Tak. Noc polarna w Hornsundzie zaczyna się pod koniec października i trwa 3,5 miesiąca – do połowy lutego. Wtedy słońce jest poniżej linii horyzontu, więc go nie widać.

I jak tę noc polarną zniosłaś Ty i inni członkowie wyprawy?
Z 10 zimowników, były tylko 2 osoby, które już wcześniej zimowały. Dla pozostałych,
również dla mnie, to było nowe doświadczenie. Myślę, że znoszenie ciemności to sprawa indywidualna. Wszyscy daliśmy radę, nikt nie miał problemów. Ja w czasie nocy polarnej się bardzo wyciszyłam. Nocą jesteśmy w te 10 osób sami w stacji. Jest wtedy czas, aby skupić się na swoich zainteresowaniach. Można dużo czytać czy chodzić na spacery. Wiadomo, że nie spotka się drugiego człowieka. Za to lisa lub niedźwiedzia polarnego jak najbardziej.

Spacer ze stacyjnym psem – Yuki w czasie nocy polarnej. Fot. Sabina Kucięba

I spotkałaś niedźwiedzia?
Niektóre osoby od nas miały spotkania z zaskoczenia, gdy np. w pobliżu niedźwiedź nagle wyszedł z wody.
Ja miałam inne ciekawe spotkanie. Był niedźwiedź, który w okresie Wielkiej Nocy,
przychodził w okolice stacji przez kilka dni. Jakoś bardzo mu się u nas spodobało i nie chciał się odczepić. I pewnego dnia w stacji, kolega przechodząc bardzo szybko przez korytarz, obudził mnie. Gdy wstałam okazało się, że niedźwiedź patrzy z zewnątrz przez okno. Miał nos przyklejony do szyby. Widać było jedynie jego przód, a zajmował całe okno! Mogłam się zatem przekonać, jak ogromne jest to zwierzę i że naprawdę zasługuje na miano Króla Arktyki.
Gdy go obserwowałam, zastanawiałam się, czy pobiec po aparat. Po kilku sekundach rzeczywiście pobiegłam, jednak gdy wróciłam, niedźwiedzia już nie było. Mimo to, spotkanie i bliska obserwacja niedźwiedzia była ogromnym przeżyciem. Sama sierść niedźwiedzia wydała mi się dziełem sztuki. Było to dla mnie duchowe doświadczenie, gdy jego wzrok spotkał się z moim.

Mama niedźwiedzica z młodymi przemierzające swoje szlaki. Fot. Sabina Kucięba

Miałaś jeszcze inne spotkania ze zwierzętami?
Zwierzę, które skradło moje serce, to lis polarny. Ma niezwykły sposób poruszania się – ni to skoki ni to bieg. Gdy kiedyś chciałam go sfotografować, biegłam za nim aż 4 kilometry. On z wdziękiem podskakiwał na śniegu bacznie mnie obserwując znad skałek, a ja byłam całkowicie zdyszana. Mimo zmęczenia warto było, bo finalnie mam także jego zdjęcia.

Lisek polarny w zimowej szacie. Fot. Sabina Kucięba

A co jeszcze było tam niezwykłego?
Największe wrażenie zrobiła na mnie zorza polarna. Niektórzy opowiadali mi, że to coś w rodzaju obłoku, że to nic specjalnego. Ale dzięki temu, że często wychodziłam na obserwacje, również nocą, miałam wiele okazji by oglądać niebo. Niejednokrotnie było tak, że zorza dynamicznie falowała. A gdy wbiegałam na stację, by poinformować o niej resztę – zorzy już nie było. Jest to bardzo dynamiczne zjawisko. Niejednokrotnie wzruszyłam się, gdy zorza mocno wirowała mi nad głową, gdy tworzyły się malownicze kurtyny lub pasy, albo gdy całe niebo było zielone bądź purpurowo-zielone.

Jakie były najtrudniejsze warunki, gdy musiałaś wyjść na zewnątrz?
Najtrudniejsze dni nie były związane z mrozem, a z dużą ilością świeżego śniegu oraz
wiatrem. Śnieg, który nie został jeszcze utwardzony, jest często unoszony przez wiatr.
Tworzy się wtedy zamieć śnieżna, a im silniejszy jest wiatr, tym zamieć również jest
silniejsza. Nie raz zdarzało się, że na zewnątrz nie było widać kompletnie nic. Najbardziej utrudniało to pracę, gdy byliśmy gdzieś dalej w terenie. Kiedyś jechaliśmy z kolegą skuterami po lodowcu. Złapała nas zamieć. Mimo, że staraliśmy się jechać jedno za drugim, często traciliśmy się z oczu.

Ile było dziewczyn?
Były trzy kobiety i siedmiu mężczyzn.

Czy były jakieś konflikty?
Zawsze pojawiają się drobne konflikty. Na stacji jest trochę jak w rodzinie. Spędzamy ze sobą 24 godziny, przez cały rok. Są to osoby z różnych zakątków Polski, nie znające się wcześniej, oprócz tego, że widzą się przed wyjazdem na szkoleniach i spotkaniach w Instytucie. I tu jest rola kierownika, aby dobrał tak członków wyprawy, aby się nie pozabijali. A potem na miejscu, w razie potrzeby musi łagodzić różne spory.

W trasie. Fot. Sabina Kucięba

Jakie trzeba mieć predyspozycje, aby pojechać na taką wyprawę?
Po pierwsze trzeba mieć odpowiednie kwalifikacje czy umiejętności. W Hornsundzie obecnie są trzy stanowiska przeznaczone dla meteorologów. Jest geodeta, oceanograf, informatyk, konserwator, mechanik, hydrochemik i geofizyk.
Druga kwestia to predyspozycje osobowościowe. Nie można być osobą konfliktową.
Niekoniecznie trzeba być cichym i spokojnym, lub przeciwnie – kimś przebojowym. Myślę, że przede wszystkim trzeba chcieć. Na pewno nadaje się do tego ktoś, kto o tym bardzo marzy, a mrozy i zamiecie mu nie straszne. Trzeba również zdawać sobie sprawę z tego, że jedzie się na cały rok i nie da się po prostu wrócić.

Spacer z Yuki, Zatoka Białego Niedźwiedzia zapełniona growlerami. Fot. Sabina Kucięba

Co było najtrudniejsze?
Nie mam męża ani dzieci, ale w kraju zostali rodzice, siostra, dziadkowie oraz koty.
Najtrudniejsze były rozmowy na Skype’ie, gdy widziałam rodzinę. Wtedy robiło mi się
smutno. Gdy zajmowałam się swoimi sprawami mało myślałam o domu, ale gdy widziałam ich tylko przez monitor, nie było już tak łatwo.

Czyli warunki nie były trudne?
Czasami było trudno, na przykład w zamieci dojść do punktów pomiarowych. Ale oprócz tego że to było trudne, to było też ekscytujące. To co nam daje natura to dla mnie wręcz sacrum. Kocham naturę, tereny odizolowane. Dlatego Hornsund to było miejsce dla mnie.

Gromada reniferów wędrująca po tundrze. Fot. Sabina Kucięba

Jakie masz kolejne plany, myślisz o podobnej wyprawie, na przykład na Antarktydę?
Marzy mi się zimowanie na Arctowskim (polska stacja w Antarktyce). Tęsknie również za Hornsundem. Jednak to, co obecnie zabiera moje myśli, to problem z plastikiem, który sami sobie przysporzyliśmy. Tak mocno się do niego przyzwyczailiśmy, że niejednokrotnie sięgamy po niego nawet wtedy, gdy jest on nam zbędny. Dlatego w tym miejscu chciałabym zachęcić każdego, by nie pakował owoców i warzyw w jednorazowe foliówki. Naprawdę da się je przenieść do kasy bez nich.
Zachęcam do kupowania mydła w kostce zamiast tego płynnego, a także do prania ubrań w niskich temperaturach i o niskich obrotach, bo z każdym praniem uwalniamy z naszych ubrań mikrowłókna, które również są sporą dawką zanieczyszczeń. Przy niższej temperaturze uwolnimy ich po prostu mniej. Generalnie, jeśli mamy wybór, sięgnijmy po produkt bez folii. Gdy idziemy na spacer, sięgnijmy po śmieci, które leżą pod naszymi nogami.
Ja tak robiłam w Hornsundzie, gdzie mimo, że ludzi tam nie ma, morze wyrzucało czasem ludzkie śmieci. Obecnie również podnoszę śmieci z ziemi w czasie każdego spaceru. Przecież mogłoby się na to natknąć zwierzę i je zjeść. Nasze codzienne decyzje naprawdę mają znaczenie. Wystarczy spojrzeć do naszych lodówek i
łazienek. Wszystko w plastiku, który, każdy z osobna, rozkłada się kilkaset lat. Dlatego
apeluję o rozważniejsze zakupy. Boli mnie to tak bardzo, bo niejednokrotnie można zobaczyć zdjęcia wnętrzności zwierząt, które zjadły plastik. W najnowszych badaniach na ludziach z różnych zakątków świata również znaleziono mikroplastik, który zalega w naszych żołądkach i może być przyczyną różnych chorób. Dlatego zróbmy to dla naszej planety, zróbmy to dla nas samych.

Nowo narodzona foczka grenlandzka. Fot Sabina Kucięba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: